Brzydula, taka sobie i ta cud dziewczyna
Z perspektywy lat widzę coraz wyraźniej, jak zarysowuje się pewna prawidłowość. Otóż niektóre sprawy wcześniej czy później wychodzą na jaw i ten proces odbywa się jakby poza nami. Wystarczy spokojnie posiedzieć na osobności w fotelu, i wtedy, nie wiadomo skąd, zaczynają płynąć w naszą stronę jakieś takie niekompletne i jakby nielogiczne obrazy różnych spraw. Coraz częściej biorę udział w takich widzeniach i nie wiem, dlaczego akurat teraz, kiedy to mam więcej lat, niż potrzeba. Nie wiem, może to mój mózg jest taki, że akurat teraz wykonuje defragi tego całego życiowego chaosu, który tak niepostrzeżenie i błyskawicznie przewija się przez całe moje życie. Ten nieco przydługi wstęp napisałem tyko dlatego, że nie wiem, jak zacząć o tych trzech dziewczynach, które od lat chodzą mi po głowie i widzę je coraz wyraźniej, ale nigdy tak, żeby zacząć. Mówią, że Boh Swiatu Trojciu lubyt’, jednak w danym przypadku tak się akurat złożyło, że ta cud dziewczyna, i ta byle jaka, i ta paskuda przyszły na świat jakby nie w porę, bo kiedy ich ciała i dusze poczęły dojrzewać do rozkoszy i macierzyństwa, druga światowa dopiero nabierała animuszu. Nie miałem wtedy nawet dziesięciu lat, jednak cechy mózgu przyszłego designera najprawdopodobniej już się ukształtowały, i to dzięki nim pozapisywałem na mym twardym dysku te różne, na pozór nieistotne szczegóły, i to z nich układam siatkę wydarzeń i jak rzetelny restaurator krok po kroku odbudowuję miniony świat. Różne sprawy w ten sposób poopisywałem i nie powiem, z nie najgorszym skutkiem, ale te trzy dziewczyny onieśmielają mnie i dlatego ciągle odkładam na później to ich opisywanie. I nawet teraz, kiedy piszę te zdania, niepewność zniechęca mnie do dalszych zmagań z każdym słowem, a że nie lubię bezmyślnego paplania, to tym bardziej tracę ochotę do dalszego wysiadywania przed komputerem. Jedna była nad podziw piękna i nijak nie mogę pojąć, dlaczego Wasyl, który ją spłodził, nie zabrał jej do Kanady? Tam przecież całe Toronto wszystkie ciężko zarobione dolary przyniosłoby do jej stóp, a tu, na kresach, brał ją każdy, kto tylko chciał. Druga była taka sobie i jak to się mówi, niczego jej nie brakowało. Jej rozum zdecydowanie górował nad wyglądem i to poprawiało jej szanse w walce o byt. Trzecia pochodziła z szacownej ukraińskiej rodziny, a jeden z jej braci w znacznej mierze miał przyczynić się do sukcesu wyprawy Apollo. Ale co z tego, kiedy jej brzydota, głupota i niechlujstwo nie znały granic i tylko pijany Moskal jakiś czas ją chędożył, ale i ten nie wytrzymał i któregoś dnia, kiedy trochę wytrzeźwiał, dał nogę.
Brzydula
Choć powszechnie uważano ją za straszak
na wróble, nikt jednak nie ważył się na okazywanie jej
zniewagi, a imię Helena, które nadano jej w tutejszej cerkwi,
skutecznie odgradzało ją od gawiedzi i budziło niekłamany respekt.
Kiedy wojska wermachtu w pośpiechu opuściły nasze miasteczko, okazało
się, że razem z nimi zniknęli gdzieś najszacowniejsi obywatele,
między innymi zniknęła także rodzina naszej brzyduli. Zostawili ją
samą, jak psa, do pilnowania domu. Po jakimś czasie, kiedy wojska
sowieckie przetoczyły się przez nasze miasteczko i pognały gdzieś na
Bukowinę, do samotnej Helenki przyplątał się jakiś ruski dezerter i tak pozostał, niby na kwaterze. Wieść o
tym błyskawicznie obiegła całą okolicę, i wcale nie dlatego, że bez
ślubu łajdaczy się z jakimś przybłędą, ale żeby zaraz z Moskalem, to
niby swoich niema?! Baba Nastia była pierwszą, której Helenka
zwierzyła się ze słodkiej tajemnicy. Nie było dnia, żeby nie
zabiegała do nas na plotki. Bez przerwy trajkotała o tym swoim
Iwanie, jak wszystko ładnie wyjada, i jak nieustannie do niej
przemawia tymi słowy: ach ty umnica maja, nienagladnaja. Jak
myślicie, Nastiu,
co to może znaczyć, a może
będzie się żenił? A tam, odpowiadała baba Nastia, żenić,
a to niby z kim? Na tym rozmowy o Iwanie zazwyczaj urywały się
i Helenka biegła do domu, bo Iwan może się obudzić, a tu obiad
jeszcze nie gotowy. Idylla, jak zwykle, nie trwała zbyt długo, bowiem
zapasy żywnościowe brzyduli szybko się wyczerpały, zaś pieniędzy na
gorzałkę już nikt nie chciał jej pożyczać, bo niby z czego odda.
Braki w zaopatrzeniu spowodowały prawdziwą katastrofę: Iwan
wytrzeźwiał i tyle go widzieli. Prawdopodobnie przeniósł się
na rumuńską stronę do innej ślicznotki. Porzucona i splądrowana
narzeczona nie mogła sobie znaleźć miejsca i biegała od chaty do
chaty i zapewniała wszystkich, że Iwan niebawem wróci, że
pojechał do rodziny porozmawiać o weselu i jak wszystko omówi
z nimi, to zaraz wróci, bo niby gdzie mu będzie tak dobrze,
jak u nas. Ludzie potakiwali i kiwali głowami, że niby gdzie mu
będzie tak dobrze. Jednak dzieciaki, te diabelskie stworzenia, nie
dawały porzuconej spokoju, a ona długim kijem odmachiwała się od
natrętnych, aż któregoś dnia zamknęła bramę, pozamiatała
podwórze, weszła do chaty i tyle ją widzieli. Kiedy po
tygodniu czy dwóch ludzie weszli do jej domu, ze zdumieniem
stwierdzili, że jest pusty. Dopiero na strychu paru ciekawskich
odnalazło nieszczęsną. Wisiała sobie
na grubym sznurze,
cała w koralach i wyszywankach, czerniach, fioletach i purpurach. Na
jej twarzy malował się spokój i dostojeństwo, a czemuś
nieobute nogi napominały, że to, co tu wisi, to rozterka całej naszej
splądrowanej krainy. Osłupiali sąsiedzi z niedowierzaniem wpatrywali
się w twarz jawnogrzesznicy i nijak nie mogli w niej odnaleźć tej
brzydkiej baby, którą znali na co dzień. Ktoś z boku zauważył:
Jezu, jaka piękna. To chyba
Tadzia Polaczek, jej sąsiad, ulżył sobie.
Ach umnica maja ty, nienagladnaja.
Taka sobie
Starzy powiadają,
że tam, na kresach, ludzie żyli w zgodzie. I właśnie gdzieś tam, nad
Dniestrem, młodziutki oficer kawalerii jednego z pułków
ochrony pogranicza zakochał się w pięknej Ukraince. Z tej gorącej
miłości przyszła na świat dziewczynka, której w kościele
nadano imię Lenora. W ten prosty sposób znana już nam z innych
opowiadań baba Nastia została babcią. Młody żonkoś postanowił pokazać
swej rodzinie piękną małżonkę i śliczną córeczkę i wyruszył w
radomskie, bowiem gdzieś tam z dawien dawna zamieszkiwała cała jego
czcigodna rodzina. Niestety, radomskie to nie kresy, i tutaj nikt nie
zamierzał żyć w zgodzie z jakimiś Ukrainkami, dlatego małżonkowie
resztę urlopu spędzili w Wilnie i na tym skończyła się ich wydumana
idylla o zgodzie. Potem wybuchła wojna i z pułku ochrony pogranicza
nie zostało i śladu. Gdzieś także przepadł i nasz oficer i jego koń.
Malutka sierotka razem z innymi sierotkami wysiadywała na kolanach
baby Nasti, a ta opowiadała im różne bajki o dzikich Tatarach,
bojarach i rusałkach, a do poduszki jak zwykle ta sama kołysanka „Oj
chodyt’ son koło wikon”. Wojna
nie trwała długo i wkrótce najechali nas sowieci, nie zdążyli
jednak wszystkich wymordować, bo ich miejsce zajęli Niemcy. Ci byli
trochę mądrzejsi i nie zabijali, a tylko wywozili na roboty do
Rajchu. Żydów nie tolerowali w ogóle i albo zabijali na
miejscu, albo wywozili do jakichś obozów. W krótkim
czasie w naszym miasteczku nie było ani jednego Żyda. Baba Nastia
biadoliła, że niby z kim teraz będzie robiła interesy. Jakie
interesy, dziwili się ludzie. Minął rok, a może półtora i
znowu najechali nas sowieci i znowu zaczęły się mordy i wywózki.
A dzieci rosły i wyrosły, a jak skończyła się ta przeklęta wojna, to
wszystkie poszły do szkoły. Szkoła teraz była podzielona na dwie:
ukraińską i polską. Część wnuków poszła do polskiej, a część
do ukraińskiej. A baba Nastia kochała jedne i drugie i nasłuchiwała,
co ludzie mówią, kiedy ojcowie tych dzieci powrócą do
domu. Nie wracali, a dzieci rosły i rosły, i już nie były takie małe,
jak dawniej i już nie potrzebowały babcinych bajań i kołysanek.
Chłopcy chowali się w krzakach kaliny i z jej suchych liści robili
skręty i palili, kaszlali, rzygali i znowu palili. Dziewczynki
natomiast na szkolnych potańcówkach popisywały się tanecznymi
figurami i namawiały chłopców do wspólnej zabawy. Te
starsze już przewracały oczami i chodziły zakochane, aż tu zaczęła
się repatriacja, czyli bezpardonowe przemieszczanie ludzi o setki
kilometrów to w jedną, to w drugą stronę. Mówiąc
prościej, Polacy mieli opuścić Radziecką wtedy Ukrainę i udać się do
Polski, wtedy ludowej. Polscy Ukraińcy mieli zrobić to samo, ale w
odwrotnym kierunku. To niby takie proste, ale co miała począć nasza
niepełnoletnia jeszcze, ale już zakochana bohaterka!? A Danko,
wyrośnięty przystojniak, co w cerkwi podawał księdzu kadzidło, nie
chciał nawet słyszeć o jakimś wspólnym wyjeździe do jakiejś
tam Polski. Tu masz zostać, mawiał, tu jest twoje miejsce i już. Dla
pewności postanowili zmajstrować dziecko i zabrali się do roboty. W
stodole, co stała nad jarem, zaryli się w sianie i rozpoczęli to
majstrowanie. Trwało to kilka dni, aż rodziny rozpoczęły poszukiwania
zaginionych. My, dzieciaki, wiedzieliśmy dobrze co i gdzie się
majstruje, ale pary nikt nie puścił. Po jakimś czasie na
stacji podstawiono wagony i chętni do wyjazdu Polacy rozpoczęli
załadunek mienia i inwentarza. Jeszcze trochę i wszyscy odjechali w
nieznane, i razem z nimi odjechała także i nasza Lenora. O tym, że
jest ciężarna, jej matka dowiedziała się dopiero w Polsce, na
terenach poniemieckich, gdzieś w dalekich Sudetach. A Danko ? A Danko
rozpił się i poszedł w las do zielonych. Potem zginął gdzieś w
Karpatach, a może w drodze do Wiednia.
A
Lenora?
Pół wieku
zbierałem okruchy różnych wiadomości, aż w końcu poskładałem
do kupy tę smutną historię. Nasza bohaterka
jeszcze żyje i jest bardzo bogatą kobietą. Niedawno pochowała męża i
została sama z kupą pieniędzy. Jeździ po świecie i trwoni je bez
umiaru, a ich i tak przybywa. Nie miała dzieci, bo wtedy, w Polsce,
zmuszono ją do pokątnej aborcji i w ten sposób została
okaleczona na całe życie. Jej rodzina nie zagrzała w Polsce miejsca i
po długich perypetiach razem z odnalezionym kawalerzystą osiedli w
Kanadzie. Parę lat temu odwiedziła rodzinne strony. Nikogo i niczego
tam nie odnalazła. Wszystko przepadło.
Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Czas
zatarł ślad...
Cud dziewczyna
W czasie wojen
największe cierpienia Bóg zsyła na kobiety, a zwłaszcza te
piękne, które sobie upodobał. Dlatego proszę cię, czytelniku,
żebyś przynajmniej raz w życiu poświęcił choć trochę uwagi a może i
swego serca dla wszystkich tych dziewczyn i kobiet, które
splądrowano w drodze z Armenii do Turcji, na morzu Czukockim, po
szturmie Berlina, w karawanach wypędzonych, w obozach i łagrach i
wszędzie tam, gdzie zdziczałe samce różnych maści uznały, że
gwałt przyniesie im chwałę i doda animuszu w walce z takimi samymi
jak oni bohaterami. Wasyl, młodszy syn
baby Nasti wziął sobie za żonę smukłą, ładną i pokorną Katarzynę, i
zanim ta urodziła dziewczynkę Orianę, był już w Kanadzie. Nigdy
stamtąd nie powrócił, chociaż zapewniał, że jedzie tylko po
pieniądze i jak trochę zarobi, to zaraz wróci, kupi kawałek
ziemi, postawi dom i będą sobie żyli aż do śmierci. Tak się nie
stało, chociaż żyli aż do śmierci, z tym tylko, że osobno. Dziewczynka wyrosła
na piękną pannicę i kiedy zaczęła uczęszczać do gimnazjum, to akurat
wtedy Pan Bóg postanowił ukarać ludzi za niezliczone grzechy i
urządził im Drugą Wojnę Światową. Kiedy już wojska
niemieckie pognały bolszewików na wschód, miejscowa
ludność z niekłamanym entuzjazmem powitała nowe władze. Lato było
upalne, chłopi wzięli się za kosy i po omłotach wyładowane zbożem
furmanki ustawiły się w długich rzędach pod stacją kolejową. Niemcy
płacili karteczkami, na których widniały obrazki z butelkami
wódki. Tak nowa władza uszanowała poddanych. Po zakończeniu
robót polowych pojawiły się afisze zachęcające młodzież do
wyjazdu na roboty do Niemiec.
Zgłosili się nieliczni. Do akcji wkroczyło wojsko i zaczęły się
łapanki. Wielbiciele pięknej pannicy szli do lasu i tam ginęli za
Ukrainę. Żeby Orianę uratować przed łapankami ciotka Maria znalazła
jej jakąś pracę w niemieckim urzędzie. To nie pomogło, bo zaraz do
niej przystawił się jakiś niemiecki oficerek tyłowy. Jego
umizgi doprowadzały matkę dziewczyny do rozpaczy, bo przeczuwała, że
z tego nic dobrego nie wyjdzie, i co tu począć. Z frontu wschodniego
już nadchodziły niepokojące wieści i nasz Romeo nieco przyhamował swe
kogucie zapędy, jednak sprawy na wschodzie miały się aż tak źle, że i
jego wysłali na front i tak zakończyła się jego troskliwa opieka nad
niedoszłą niemiecką niewolnicą. Zza gór od czasu do czasu
dochodziło jakieś dziwne dudnienie. To szybko zbliżający się front
już dawał o sobie znać i niemieckie służby tyłowe pośpiesznie
ładowały wozy i wysyłały je na zachód. Nie było najmniejszej
wątpliwości, że tysiącletnia rzesza przechodzi do historii. W takim
właśnie momencie nasza Oriana powiła dzieciątko. Cała okolica
wiedziała, czyj to chłopczyk, ale nikt nie wiedział, co z tym
cholernym fantem począć! Jak pomóc nieszczęsnej? Życie tym się różni
od śmierci, że trwa, a zmiany nadchodzą same. Po Niemcach znowu
wrócili Rosjanie, jednak tym razem już nikt ich nie witał i
kto żyw i zdrów wiał do lasu. Zostały stare baby i dzieci.
Znowu było upalne lato, wojska przeszły gdzieś na rumuńską stronę a w
naszym domu pojawili sie dwaj lotnicy. To wojskowa komendantura
przysłała ich do nas na kwaterę. Obaj
byli oficerami lotnictwa zwiadowczego i ma się rozumieć, latali na
kukuruźniku, który niedawno pojawił się na górze, za
koszarami. Podporucznik był blondynem, pięknie grał na gitarze i
nazywał się Kostia. Porucznik był zaś wysokim szatynem, stale palił
kazbeki i pochodził z
Osetii, za którą bardzo tęsknił, a zwłaszcza za rzeką Terek,
nad którą się urodził. Codziennie o świcie wylatywali na swym
dwupłatowcu obładowani wiązkami granatów i gdzieś za górami
zrzucali te granaty na przeprawy i mosty i wiali do domu. A w domu
łatali podziurawiony samolot, filtrowali benzynę i szykowali
materiały wybuchowe, a wieczorem Kostia brał gitarę, siadał na ganku
i do późnej nocy śpiewał piosenki o Odesie, zawiedzionej
miłości i takich tam dyrdymałach, które się śpiewa dla zabicia
czasu. Osetyniec na ogół milczał, słuchał i palił te swoje
kazbeki. Całe lato tak
latali i wysadzali, aż i na nich przyszła kryska. Któregoś
dnia nie wrócili i tak nie było ich może ze dwa tygodnie. W
końcu pojawił się Osetyniec. Opowiedział, jak zestrzelili ich
samolocik, jak zginął Kostia i jak przy lądowaniu odpadły koła i jak
kowale to wszytko naprawili. Potem załamującym się głosem
opowiedział, jak chowali i odznaczali Kostię, i że po tym wszystkim
mają go skierować do innych zadań. Naopowiadał, naopowiadał i
pojechał. Rychło się okazało, że jest już we Wiedniu i że Oriana może
przyjechać do niego. Widać, dawno się zmówili, bo ta długo się
nie zastanawiała, dziecko zostawiła mamie, siadła w pociąg i tyle ją
widzieli. Potem pisała z Wiednia długie listy o tym, jak tęskni za
domem, i jak tam jest, jaki ten jej Osetyńczyk jest ważny i w jakich
luksusach mieszkają. Przysyłała też paczki pełne różnych
kosztownych rzeczy i sprzedawaliśmy to, a pieniądze szły na życie. Za
jakiś rok przyjechała do domu i widać było po niej, że wreszcie jest
szczęśliwa i spodziewa się dziecka, i że stąd jedzie do Osetii, by
poznać rodzinę męża i tę rzekę Terek. Zanim wyjechała, przepłakała
kilka nocy nad tą swoją przygodą z tym niemieckim oficerkiem i
widziałem to na własne oczy, że zabiera ją ze sobą, jak ten krzyż
pokutny i tam, gdzie huczy wśród skał burzliwy Terek, wrzuci
go w wiry lodowatej wody i niech w niej przepadnie na wieki ten jej
przeklęty los niedoszłej niemieckiej niewolnicy. Z listów,
które na początku pisała dosyć często dowiadywaliśmy się, że
ma tam dobrze i wszyscy ją bardzo szanują, jednak między wierszami
coraz wyraźniej przezierała tęsknota za domem. Urodziła tam, w tej
Osetii, kilku chłopaków, których zdaje się posłali do
szkół wojskowych. W jednym z późniejszych listów
napisała, że jeśli jej mama umrze (wtedy już zapadała na zdrowiu), to
i ona odbierze sobie życie. Nie wiem, czy tak się stało. Ale wiem, że
życie pięknych kobiet nie zawsze jest takie śliczne, jak nam się
wydaje, dlatego proszę Cię, Boże, popraw się i podaruj przynajmniej
jej dzieciom jakieś normalne życie i nie urządzaj im żadnych wojen.
11/2008